Kilka dni temu zajrzałam do wspomnianej już przeze mnie książki „Bar McCarthy'ego”. Otwarłam na przypadkowej stronie i trafiłam na taki oto fragment:
„... nawet nie zauważyłem krów, które przyszły popatrzeć co się dzieje. Dopiero kiedy jedna z nich sapie, odwracam się i widzę, jak gapią się ponad ogrodzeniem, jakieś pół metra, może metr ode mnie. Przerażony odskakuję do tyłu ... Rany boskie! Krowy z bliska są straszne, prawda?”
Bardzo przypadł mi do gustu ten tekst, chyba z powodu mojego pewnego uprzedzenia do opisanych w nim bardzo pożytecznych stworzeń. Wynika ono z doświadczeń z dzieciństwa. Otóż byłam wtedy wyjątkowym niejadkiem i córka znajomych, wówczas nastolatka, chcąc zachęcić mnie do jedzenia, postraszyła mnie właśnie krowami. Powiedziała, że jak dziecko nie chce jeść, to krowa bierze je na rogi, ale przedtem patrzy na nie. Rzecz działa się podczas wakacji na wsi, gdzie "muciek" było pod dostatkiem i zagrożenie było realne. Dziś, mimo, że teoretycznie wiem, że nie należy bać się poczciwych krów, czuję się w obecności trochę, hmmm, jakby to powiedzieć ... nieswojo. W Irlandii miałam okazję do kilku spotkań.
Irlandzkie krowy przydrożne
Strażniczki kamiennego kręgu (chociaż to czarne to chyba strażnik, tak spoglądał "bykiem")
A to już nasza polska krowa łakowo-nadbiebrzańska
Przy okazji: straszenie krowami nic nie pomogło. Nadal nie chciałam jeść.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz