Życzę udanego roku 2011 i aby każdy mógł kiedyś powiedzieć: "Żyliśmy długo i szczęśliwie"
czwartek, 30 grudnia 2010
Koniec i początek
Koniec - bo kończy się kolejny rok, a początek - bo w tym właśnie roku rozpoczęło się coś bardzo ważnego. Przeważnie w takich sytuacjach mówi się: ... i żyli długo i szczęśliwie ... i kończy opowieść. Tymczasem tak naprawdę to jest to dopiero początek opowieści.
Etykiety:
codzienność,
trochę wspomień czyli groch z kapustą
poniedziałek, 27 grudnia 2010
Święta
Kojarzą się z nimi: poranne wstawanie na roraty, przygotowanie prezentów, "szaleństwo" w kuchni, wieczór wigilijny, Pasterka, kolędy, spotkania rodzinne ...
Wszystko to razem tworzy magiczny nastrój, któremu ulegają chyba wszyscy.
W drodze na roraty
Domowe pierniczki - ich wyrób jednoczy całą rodzinę
Wszystko to razem tworzy magiczny nastrój, któremu ulegają chyba wszyscy.
W drodze na roraty
Domowe pierniczki - ich wyrób jednoczy całą rodzinę
Etykiety:
codzienność,
trochę wspomień czyli groch z kapustą
niedziela, 5 grudnia 2010
Bardziej biały niż kolorowy
Śniegu wciąż przybywa i świat staje się coraz bardziej biały ...
Przypomniał mi się pobyt w okolicach Świeradowa niespełna dwa lata temu. Świat zasypany był śniegiem jakiego od dawna tam nie widziano, a podczas wycieczki na Stóg Izerski znaleźliśmy się w świecie, który był zdecydowanie bardziej biały niż kolorowy, tym bardziej, że oprócz już leżącego śniegu, otaczały nas płatki padającego ...
Po zejściu trochę niżej widoczność się poprawiła ...
... niemniej rozbawiło nas ograniczenie prędkości w tej scenerii.
niedziela, 28 listopada 2010
Pierwszy śnieg
Wczoraj spadł pierwszy śnieg. Świat wydawał się całkiem biały. A jednak, gdy dobrze się przyjrzeć można zauważyć jeszcze wiele innych barw ...
... na przykład błękit nieba ...
... zieleń iglaków ...
... spóźnioną czerwoną różę ...
... zaplątane między gałązkami i kolcami owoce dzikiej róży ...
... brązową korę drzew i huby ...
Okazuje się, że zima też jest kolorowa.
czwartek, 4 listopada 2010
Trochę dalsza wycieczka, ale nie bardzo daleka
Ładna pogoda w ostatnią październikową niedzielę sprowokowała nas do odbycia kolejnej wycieczki rowerowej. Tym razem wybraliśmy tereny Puszczy Zielonki. Wystartowaliśmy z Kamińska. Pierwszą osadą na naszej trasie były Czernice. Domów jest tam niewiele, z pewnością ich liczba nie przekracza 10. Położone są wszystkie po prawej stronie drogi, gdyż po lewej stronie znajduje się Jezioro Czarne, które jest w tej chwili rezerwatem przyrody. Osada ta jednak miała w przeszłości większe znaczenie: było tu schronisko żeńskiego gimnazjum im. Dąbrówki oraz kaplica-filia parafii w Murowanej Goślinie. Niestety oba te budynki zostały w ostatnich latach zburzone przez właścicieli tamtejszych gruntów. Po krótkim postoju w Czernicach przeznaczonym na spojrzenie na jezioro ruszyliśmy dalej wygodnym Traktem Poznańskim i dotarliśmy do wsi Zielonka. Tam, kierując się drogowskazami skręciliśmymy do Dąbrówki Kościelnej. W miejscowości tej znajduje się sanktuarium z cudownym obrazem Matki Bożej Dąbrowieckiej. Przed kościołem jest też ciekawy pomnik – bardzo prosty, przedstawiający pielgrzyma wędrującego Drogą św. Jakuba, gdyż tędy właśnie przechodzi wielkopolska część tej drogi. Ponieważ dzień jesienny jest krótki, a my nie wystartowaliśmy o świcie, więc czas nagli i trzeba ruszać w drogę powrotną. Zawracamy więc i zaraz za wsią skręcamy w lewo by przejechać przez rezerwat Klasztorne Modrzewie i znaleźć się powtórnie w Zielonce. Po krótkim postoju przy arboretum ruszyliśmy dość dziurawą drogą asfaltową prowadzącą z Zielonki do Murowanej Gośliny i w miejscu gdzie spotyka się kilka szlaków, a asfalt skręca w prawo, my wybraliśmy leśną drogę przez Huciska do Okońca. W Huciskach była kiedyś huta szkła, teraz pozostał jeden dom. Na tym odcinku kilka razy „walczymy” z głębokim piaskiem na drodze. Niedługo jednak ukazuje się nam znajomy widok zabudowań gajówki Okoniec i stary, już nieczynny, ośrodek wypoczynkowy Akademii Rolniczej (dzisiejszego Uniwersytetu Przyrodniczego) w Poznaniu położony nad Jeziorem Miejskim. Stąd już tylko krótki odcinek do miejsca, z którego rozpoczęliśmy naszą wycieczkę. Większość trasy wiodła drogami leśnymi, od czasu do czasu delikatnie wznoszącymi się i opadającymi, mogącymi sprawiać trochę trudności latem w czasie suszy, gdy piasek staje się trudno przejezdny. Otaczający nas las to stara puszcza zachwycająca o każdej porze roku, szczęśliwie niezbyt gęsto zaludniona w związku z czym nie grozi nam spotkanie tłumów (z wyjątkiem kąpielisk latem).
Rodzinka na rowerowym szlaku
... i wewnątrz
Pielgrzym na Drodze św. Jakuba, można go rozpoznać po kiju pielgrzymim i muszli
Zachód słońca nad stawem w Zielonce
wtorek, 28 września 2010
Barowa pogoda
Dzisiaj rano, gdy spojrzałam za okno i pierwszą moją myślą było „ale barowa pogoda”, to w tym momencie dotarło do mnie, dlaczego w Irlandii jest tyle barów i pubów. Przecież tam prawie ciągle pada ...
Irlandczycy w pochmurny dzień w barze naprzeciwko baru
Często bar to miejsce spotkań i pogaduszek ...
... a miejscowy piesek zaprzyjaźnia się z gośćmi i pomaga im w ustaleniu dalszej trasy
piątek, 10 września 2010
Krowy
Kilka dni temu zajrzałam do wspomnianej już przeze mnie książki „Bar McCarthy'ego”. Otwarłam na przypadkowej stronie i trafiłam na taki oto fragment:
„... nawet nie zauważyłem krów, które przyszły popatrzeć co się dzieje. Dopiero kiedy jedna z nich sapie, odwracam się i widzę, jak gapią się ponad ogrodzeniem, jakieś pół metra, może metr ode mnie. Przerażony odskakuję do tyłu ... Rany boskie! Krowy z bliska są straszne, prawda?”
Bardzo przypadł mi do gustu ten tekst, chyba z powodu mojego pewnego uprzedzenia do opisanych w nim bardzo pożytecznych stworzeń. Wynika ono z doświadczeń z dzieciństwa. Otóż byłam wtedy wyjątkowym niejadkiem i córka znajomych, wówczas nastolatka, chcąc zachęcić mnie do jedzenia, postraszyła mnie właśnie krowami. Powiedziała, że jak dziecko nie chce jeść, to krowa bierze je na rogi, ale przedtem patrzy na nie. Rzecz działa się podczas wakacji na wsi, gdzie "muciek" było pod dostatkiem i zagrożenie było realne. Dziś, mimo, że teoretycznie wiem, że nie należy bać się poczciwych krów, czuję się w obecności trochę, hmmm, jakby to powiedzieć ... nieswojo. W Irlandii miałam okazję do kilku spotkań.
Irlandzkie krowy przydrożne
Strażniczki kamiennego kręgu (chociaż to czarne to chyba strażnik, tak spoglądał "bykiem")
A to już nasza polska krowa łakowo-nadbiebrzańska
Przy okazji: straszenie krowami nic nie pomogło. Nadal nie chciałam jeść.
środa, 8 września 2010
Rogalińskie wspomnienia
Niedawny pobyt w Rogalinie przypomniał mi o chwilach spędzonych tam z fotografującą przyjaciółką. Wybierałyśmy się wielokrotnie na Łęgi Rogalińskie o takiej porze, by móc robić zdjęcia o wschodzie słońca. Raz trochę błędnie ustaliłyśmy godzinę wschodu i zjawiłyśmy się na miejscu z mniej więcej godzinnym wyprzedzeniem. Czułyśmy się trochę nieswojo, samotne, z lasem za plecami. Las, jak to lasy w ciemności mają w zwyczaju, wydawał różne dziwne odgłosy – trzeszczał, szeleścił ... Na szczęście dość jasno świecił księżyc, co pozwoliło nam przetrwać do wschodu słońca.
Księżyc nad Rogalinem
To już tuż po wschodzie słońca, moje ulubione
Zimowy poranek na łęgach
"drzewa zbierają się w drogę" - tak mi się skojarzyło, to fragment bardzo starej piosenki
Wiosenne roztopy
Trzech muszkieterów x2
Księżyc nad Rogalinem
To już tuż po wschodzie słońca, moje ulubione
Zimowy poranek na łęgach
"drzewa zbierają się w drogę" - tak mi się skojarzyło, to fragment bardzo starej piosenki
Wiosenne roztopy
Trzech muszkieterów x2
wtorek, 7 września 2010
Rogalin
Zachęceni piękną pogodą wybraliśmy się w niedzielę na kolejną wycieczkę rowerową. Tym razem startem i metą były drzwi domu, a celem – Rogalin. Po drodze oczywiście był Rogalinek, a w nim zabytkowy drewniany kościół pw. św. Michała Archanioła, który powstał ok. 1700 r. Wokół kościoła jest cmentarz, a przed wejściem wznosi się drewniana dzwonnica oraz głaz narzutowy, który spełnia dziś rolę pomnika poświęconego pamięci parafian poległych w pierwszej i drugiej wojnie światowej oraz zamęczonych w obozach koncentracyjnych.
Niestety drzwi do kościoła zastaliśmy zamknięte. Dalej w kierunku Rogalina pojechaliśmy przez teren tzw. Łęgów Rogalińskich stanowiących część Rogalińskiego Parku Krajobrazowego. Znajduje się tam jedno z największych (lub nawet największe) skupisko starych, pomnikowych dębów w Europie. Jest to miejsce uwielbiane przez fotografów. Sama często tam bywałam o wschodzie słońca i efekty tych wypraw z aparatem bywały nawet czasem udane. Tym razem jednak ostre południowe słońce było bezlitosne i raczej trudno było o wykonanie „życiowego zdjęcia”.
Dojeżdżając do Rogalina minęliśmy pałac i zatrzymaliśmy się dopiero na końcu zabytkowej alei kasztanowców, przy kościele pw. św. Marcelina który został wybudowany w latach 1817-1820 na polecenie Hr. Edwarda Raczyńskiego na wzór świątyni rzymskiej, zwanej maison carree, z I w. p.n.e. w Nimes, we Francji. Tutaj również drzwi zastaliśmy zamknięte. Otwarte były natomiast drzwi do dolnej części świątyni - mauzoleum gdzie pochowani są członkowie rodziny Raczyńskich, między innymi Prezydent Hr. Edward Raczyński. Miejsce to można zwiedzać za drobną opłatą „co łaska” i jak się dobrze trafi, to siedząca tam przemiła pani opowie historię mauzoleum.
Wracając „rzuciliśmy okiem” na odremontowany niedawno pałac. Z zewnątrz prezentuje się bardzo okazale, zdjęć jednak nie robiłam z .powodu wspomnianego już wcześniej ostrego słońca. To właśnie jest pewien problem – pogodzenie wycieczki rowerowej z pasją fotografowania: gdy pogoda i światło sprzyjają fotografii, to nie są najlepsze na rower i odwrotnie. No cóż, nie można mieć wszystkiego jednocześnie ...
Fragment jednego z nagrobków w Rogalinku
wtorek, 31 sierpnia 2010
Kolorowa Irlandia
Ostatni weekend nie zachęcał do dalszych wypraw rowerowych, ograniczyliśmy się więc „tylko” do 23 km przejażdżki za płotem po terenach Wielkopolskiego Parku Narodowego. Ze względu na zagrożenie deszczem zabieranie ze sobą aparatu było wręcz niewskazane.
Wracam więc wspomnieniami do Irlandii – tym bardziej, że pogoda za oknem taka jakby trochę irlandzka.
Irlandia słynie między innymi z bajecznie kolorowych domów w małych miasteczkach. Co prawda, jeśli wierzyć Pete McCarthy'emu (autorowi powieści „Bar McCarthy'ego”), jest to stosunkowo nowy zwyczaj, gdyż w jego wspomnieniach z dzieciństwa Irlandia była szara. Przy okazji – polecam tę lekturę gorąco każdemu, a szczególnie tym, którzy wybierają się w południowo-zachodnie rejony wyspy.
Bar McCarthy'ego - dokładnie ten sam, który został opisany w książce i dał jej tytuł
Allihies - uznawane za jedno z najbardziej kolorowych miasteczek - cieszy wzrok nawet (a może przede wszystkim) w deszczowe i pochmurne dni
Jeszcze raz Allihies
Nawet drzwi do rozpadającego się domku przyciągają wzrok kolorem
Wracam więc wspomnieniami do Irlandii – tym bardziej, że pogoda za oknem taka jakby trochę irlandzka.
Irlandia słynie między innymi z bajecznie kolorowych domów w małych miasteczkach. Co prawda, jeśli wierzyć Pete McCarthy'emu (autorowi powieści „Bar McCarthy'ego”), jest to stosunkowo nowy zwyczaj, gdyż w jego wspomnieniach z dzieciństwa Irlandia była szara. Przy okazji – polecam tę lekturę gorąco każdemu, a szczególnie tym, którzy wybierają się w południowo-zachodnie rejony wyspy.
Bar McCarthy'ego - dokładnie ten sam, który został opisany w książce i dał jej tytuł
Allihies - uznawane za jedno z najbardziej kolorowych miasteczek - cieszy wzrok nawet (a może przede wszystkim) w deszczowe i pochmurne dni
Jeszcze raz Allihies
Nawet drzwi do rozpadającego się domku przyciągają wzrok kolorem
czwartek, 26 sierpnia 2010
Spełniania marzeń ciąg dalszy
Tym razem w grę wchodzą inne marzenia, bardziej „lokalne”, mianowicie odbywanie wycieczek rowerowo-krajoznawczych. Otóż w ostatni weekend odbyliśmy na niedawno zakupionych rowerach dwie takie wycieczki. Jak na razie niezbyt długie i dalekie – tak na rozgrzewkę.
Wycieczka pierwsza – do księdza Piotra.
Trasa ok. 15 km, początek w Trzcielinie na głównym skrzyżowaniu, dalej przez Lisówki i niebieskim szlakiem wokół rezerwatu Trzcielińskie Bagno do Tomic. W Tomicach właśnie jest obecnie proboszczem ksiądz Piotr, który przedtem był wikarym u nas w Puszczykowie. Nie spotkaliśmy go, ale obejrzeliśmy zabytkowy gotycki kościół pw. św. Barbary, który ma teraz pod swoją opieką i jak widać opiekuje się nim bardzo dobrze. Już widać nowy dach, a po zajrzeniu do wewnątrz przez otwarte drzwi zewnętrzne i kratę przekonaliśmy się o trwającym tam remoncie. Więcej informacji o tym kościele na stronie: http://www.parafia-tomice.pl/index.php Zachwycił nas również widok na jezioro Tomickie rozciągający się za kościołem. Jadąc dalej niebieskim szlakiem dotarliśmy przez Mirosławki (niezbyt urokliwa wieś z działającym Klubem Rolnika) do Krąplewa i stamtąd dość ruchliwą szosą wróciliśmy do punktu startu.
To początek i koniec naszej trasy - przyznacie, że byliśmy pod dobrą opieką
Po drodze widzieliśmy prace polowe
Remontowane wnętrze kościoła w Tomicach
Wycieczka druga – od koni do koni.
To znaczy od stajni i restauracji Podkowa Leśna w okolicy Krajkowa do Centrum Hippiki w Jaszkowie. Te dwa miejsca połączone są szlakiem rowerowym tworzącym pętlę, tak że w obie strony jedzie się różnymi drogami. Szlak ten nazwany został konwaliowym i rzeczywiście w lesie widać mnóstwo konwalii, oczywiście niekwitnących o tej porze ale można sobie wyobrazić jak pięknie tam jest w maju.
Wybraliśmy wersję, w której w stronę Jaszkowa jechaliśmy częścią szlaku leżącą bliżej Warty. Wkrótce po wyruszeniu znaleźliśmy się przy leśniczówce Krajkowo, gdzie spędziliśmy chwilkę pod kapliczką ufundowaną w 1847r przez Mikołaja Potockiego i jego żonę Urszulę. Dalsza trasa okazała się dość trudna. W początkowej części prowadziła przez podmokłe tereny i często droga była tak rozmyta i grząska, że trzeba było przeprowadzać rowery, natomiast im bliżej Jaszkowa, tym droga stawała się bardziej piaszczysta i dodatkowo „przekopana” końskimi kopytami. Znów trzeba było zsiadać z rowerów i przeprowadzać je przez odcinki głębokiego sypkiego piachu. Wysiłek jednak został nagrodzony i po dotarciu do Jaszkowa mogliśmy podziwiać wiekowy gotycki kościół pw. św. Barbary (podobnie jak w Tomicach) z pięknie wyremontowanym, bogato wyposażonym wnętrzem. Powrotna droga okazała się bardzo wygodną, przez połowę odległości asfaltową drogą, nieuczęszczaną przez samochody, przechodzącą w twardo ubitą drogę gruntową. I tak wygodnie wróciliśmy do Podkowy Leśnej.
Kapliczka ufundowana przez Potockich
Kościół w Jaszkowie ( na pierwszym planie dzielny rower Olka)
Wnętrze kościoła w Jaszkowie
środa, 28 lipca 2010
Kamienie
Kamienia w Irlandii pod dostatkiem. Toteż był wykorzystywany do budowania od niepamiętnych czasów.
Począwszy od kamiennych kręgów...
... później były kamienne forty ...
... kamienne kościoły ...
... aż po budowle współczesne, jak ta "Restauracja w kamiennym domu" (Stonehouse Restaurant).
Począwszy od kamiennych kręgów...
... później były kamienne forty ...
... kamienne kościoły ...
... aż po budowle współczesne, jak ta "Restauracja w kamiennym domu" (Stonehouse Restaurant).
sobota, 17 lipca 2010
Spełnione marzenia
Wreszcie w tym roku udało się zrealizować wyjazd, o którym marzyłam od lat chyba kilkunastu. Okazało się, że miejsce nie zawiodło i dostarczyło wspaniałych wrażeń. Co prawda muszę przyznać, że wśród tamtejszych mieszkańców wywoływaliśmy pewne zdziwienie „to jak, przyjechaliście tutaj na wakacje?” większość bowiem przyjeżdżających tam naszych rodaków chce się w tym kraju osiedlić i pracować. W tym miejscu należy wyjawić cel naszego wyjazdu – była nim Irlandia. Spędziliśmy tam wspaniałe dni bez pośpiechu, wśród przyjaznych ludzi, otoczeni piękną, choć dziką przyrodą. Czasu nie mieliśmy zbyt wiele więc skupiliśmy się na spokojnym poznawaniu trzech półwyspów: Beara, Iveragh i Dingle. Mimo zmiennej pogody i różnych „warunków oświetleniowych” starałam się zarejestrować otaczające nas piękno.
Wody pomiędzy półwyspami Beara a Iveragh
Healing Pass
W Narodowym Parku Killarney
Gdzieś na półwyspie Beara, złapana minuta zachodzącego słońca - krótka przerwa między chmurami
Poranek nad zatoką św. Finiana (St. Finian's Bay)
środa, 30 czerwca 2010
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)








































